Kindle Touch – recenzja

01.02.2012

Dużo czytam a chciałbym jeszcze więcej. Niestety, mam tę denerwującą przypadłość, że łatwo się przywiązuję i trudno rozstać mi się z książką już raz przeczytaną – zresztą pochłaniam przede wszystkim literaturę popularnonaukową, więc gdzieś z tyłu głowy czai się myśl, że przecież kiedyś mogę zechcieć do niej wrócić. Z tego też powodu powoli kończy mi się w domu miejsce, w którym mógłbym upychać książki. Rozwiązanie? Zainteresować się czytnikiem książek elektronicznych lub kupić nowe, większe mieszkanie. Wybrałem czytnik, wyszło taniej.

Ważne zastrzeżenie: jeśli jesteś silnie przywiązany do tradycyjnej formy książki, jeśli szelest papieru i zapach świeżej farby drukarskiej wprawiają cię w błogi stan – czytniki nie są dla ciebie. Kup większe mieszkanie.

Teoria

Czym jest czytnik? Zasadniczo – komputerem przechowującym książki. Ma nawet system operacyjny, jak prawdziwy komputer, ale wygląda zupełnie inaczej – płaski kawałek plastiku, od góry przykryty ekranem. Brzmi trochę jak definicja tabletu, prawda? Trochę – czytniki są jednak specjalizowanymi urządzeniami, które od tabletów różnią się przede wszystkim technologią, w jakiej wykonany jest wyświetlacz. W tabletach jest to ekran LCD – taki, jak w monitorze czy telewizorze, tyle że dotykowy. Czytniki – dobre czytniki – wykorzystują tzw. „e–papier”. Nazwa wzięła się z wrażenia, jakiego doświadcza się przy czytaniu czegokolwiek z takiego wyświetlacza – wydaje się, że to papier. Odczucie to bierze się z prostego faktu: e–papier, zupełnie jak papier, nie emituje światła, tylko je odbija. Ta prosta różnica skutkuje fantastyczną wydajnością baterii w takim urządzeniu – czytnik wykorzystuje energię tylko przy tworzeniu strony, potem już nie, więc może pracować bez ładowania nawet kilka tygodni, podczas gdy tablet ładować trzeba co kilka dni (w najlepszym przypadku, z reguły częściej). Plus, zupełnie spokojnie można na nim czytać w pełnym słońcu – wasz tablet tego nie potrafi. Wady? Dwie: mała – w porównianiu z LCD – prędkość tworzenia obrazu (nie da się na tym grać, co nie znaczy, że niektórzy nie próbują) i obraz tylko w odcieniach szarości. W czytaniu to nie przeszkadza, do albumów o sztuce się nie nadaje.

Kindle

Czytników jest oczywiście wiele, różnych producentów. Najpopularniejszy jest Kindle firmy Amazon. Amazon jest tak naprawdę wielkim, internetowym sklepem – Kindle jest dla tej firmy produktem napędzającym sprzedaż e–książek, na samym sprzęcie majątku nie robią.

Z tytułu wynika, że zdecydowałem się właśnie na Kindle. Powody są trzy. Pierwszy to niemal dumpingowa cena – przy takich parametrach (znakomity wyświetlacz Pearl) i jakości wykonania trudno o lepszą ofertę. Powód drugi to olbrzymi wybór e–książek: Amazon to największa księgarnia świata. Chociaż nadal stosują DRM, łamie mnie w kościach na znak, że to się zmieni. A nawet jeśli się nie zmieni, to będę kupował gdzie indziej (polskie księgarnie powoli zaczynają się odwracać od zabezpieczeń). Wreszcie powód trzeci: Kindle można bez problemów sprowadzić do Polski, obejmie go gwarancja a Amazon dolicza do ceny opłaty celne, więc wystarczy obciążyć kartę raz i spokój.

We własnej osobie

Czytnik jechał do mnie ze Stanów cztery dni – wyjechał w poniedziałek, dotarł w czwartek (zamówienie składałem w sobotę). We Wrocławiu był już trzeciego dnia, więc mieszkańcy dużych miast mogą liczyć jeden dzień mniej.

Pudełko jest raczej skromne i nie przyciąga wzroku.

Kindle jeszcze w pudełku

W środku poza czytnikiem jest tylko kabel USB i mała karteczka z podstawowymi informacjami.

Co w pudełku

Pierwsze wrażenie: "kurde, jakie to małe". Na zdjęciach i ruchomych obrazkach z YouTube czytnik wydaje się większy. Po pierwszym uruchomieniu jednak i przeczytaniu osobistego listu od Jeffa Bezosa staje się jasne, że Kindle jest dokładnie takiej wielkości, jakiej być powinien – po prostu w sam raz. Pisze to oczywiście posiadacz zupełnie przeciętnej wielkości dłoni – jeśli ktoś ma łapy jak bochenki chleba, może mieć pod górkę.

Jakość wykonania jest pierwszorzędna. Plastik nie trzeszczy i się nie ugina, wszystko jest dokładnie spasowane i robi wrażenie solidnego. Tył pokryty jest jakąś sprytną powłoką, która powoduje, że urządzenie trzyma się pewnie, bez obaw o wyślizgnięcie się go przy chwili nieuwagi. Waga jest dokładnie w sam raz – ciężar podkreśla solidność, nie ujmując wygodzie czytania. Bardzo dobra robota.

Czytamy

No dobrze, a jak się z tego czyta? Nigdy wcześniej nie miałem w ręku urządzenia z e–papierem, więc gdy wszyscy wokoło pisali jaki to fajny wynalazek, musiałem wierzyć na słowo. Teraz, po jakichś 5–6 godzinach czytania, nie mam najmniejszych wątpliwości, że TO JE ONO. Czyta się z takiego ekranu fenomenalnie, wzrok nie męczy się wcale a możliwość dostosowywania wyświetlanego tekstu (8 rozmiarów czcionki plus trzy kroje; do tego regulowanie odstępu między liniami i wielkości marginesów) pozwala na dostrojenie Kindle dokładnie pod swoje potrzeby. Przeczytałem w całości numer „Polityki”, kilka fragmentów różnych książek i jestem gotów zaryzykować stwierdzenie, że czytało się lepiej niż z tradycyjnego, „analogowego” papieru. Podejrzewam, że chodzi o skupienie na tekście – czcionki są większe niż w gazecie czy książce a tekst podawany mniejszymi porcjami, więc wzrok nie gubi się i nie ucieka. Poezja.

Jedyne, na co trzeba uważać to dokumenty w formacie PDF. Kindle je wyświetla, ale ekran jest za mały, więc trzeba powiększać fragmenty a potem je przesuwać. Da się, ale nie na dłuższą metę.

Obsługujemy

Kindla kupiłem w najnowszej odsłonie – Touch. Nazwa mówi wszystko: ekran, zgodnie z najnowszym trendem, jest dotykowy. W całym urządzeniu są tylko dwa fizyczne przyciski: na dole, pod ekranem (naciśnięcie powoduje powrót do ekranu głównego) oraz na dolnej krawędzi (przejście w tryb uśpienia o raz wybudzenie z tegoż). Miałem trochę obaw związanych z realizacją tej dotykowości, bo w odróżnieniu od ekranów LCD nie jest ona realizowana w ten sam sposób. W ekranach stosowanych w tabletach i telefonach stosuje się dodatkową warstwę nakładaną na ekran a czułą na dotyk – w przypadku e–papieru, który nie emituje własnego światła spowodowałoby to spadek kontrastu i pogorszenie jakości obrazu. Kindle zatrudnia w tym samym celu promienie podczerwieni, które są wyświetlane tuż nad ekranem (czego oczywiście nie widać). O dziwo, działa to całkiem dobrze, rozpoznawane są nawet gesty wykonywane dwoma palcami. Trzeba się oczywiście przyzwyczaić do bezwładności ekranu – tu nic nie dzieje się w od razu – ale pokonanie tego progu przyszło mi łatwo.

Strefy ekranu Kindle

Ekran Kindle Touch podzielony jest na cztery strefy. Dotknięcie palcem największej powoduje przeskok do następnej strony, dotknięcie tej wąskiej, przy lewej krawędzi – powrót do strony poprzedniej. Górna strefa, rozciągnięta na całą szerokość ekranu, odpowiada za wyświetlenie menu a ta malutka, w rogu, za dodanie zakładki. Proste? Proste.

Żeby jednak za prosto nie było, Amazon dorzucił gesty. Jedyny gest „dwupalcowy” to szczypanie (ang. pinch). Szczypnięcie „do środka” zmniejsza czcionkę, szczypnięcie na zewnątrz ją powiększa. Gestów „jednopalcowych” jest więcej:

Co daje interfejs dotykowy? Przede wszystkim szybszą interakcję z urządzeniem, jest też idealny do wprowadzania tekstu. Z tą myślą zresztą wybierałem właśnie ten model: zależało mi na łatwości tworzenia notatek i zaznaczania fragmentów tekstu. Osiągnięcie tego samego za pomocą fizycznych przycisków jest oczywiście możliwe, ale bardziej pracochłonne i nie tak wygodne. Czy na ekranie zostają ślady palców? Oczywiście, ale ekran jest matowy, więc sytuacja nie wygląda tak beznadziejnie jak w przypadku tabletów i komórek. Cały dzień czytania (czyli i mazania po ekranie w tę i we w tę) nie zmusił mnie jeszcze do sięgnięcia po szmatkę. Szmatkę, którą trzeba sobie zorganizować samemu (nie ma w zestawie).

Wersja Touch to jeszcze jedno udogodnienie: funkcja X-Ray. Po wybraniu jej z menu można zobaczyć listę osób i terminów, które powtarzają się w danej książce, wraz z graficzną reprezentacją częstotliwości tych powtórzeń.

Każdemu elementowi towarzyszy definicja – większa ilość informacji jest o jedno kliknięcie dalej, bo Touch połączy się Wikipedią i wyświetli co trzeba. X-Ray nie działa w każdej książce – wydawca musi zamieścić w pliku odpowiednie informacje, czyli po prostu odpowiednio ją przygotować. Z czasem pewnie będzie ich coraz więcej.

Ważna informacja: Kindle ma 4GB pamięci. Amazon twierdzi, że wystarczy to na 3000 (słownie: trzy tysiące) książek w ichnim formacie MOBI.

Dodatki

A właśnie: Kindle to nie tylko e–czytnik. Potrafi również odtwarzać pliki MP3 i ma wbudowaną przeglądarkę (opartą na silniku Webkit). I przeglądarka i odtwarzacz nie są zbyt rozbudowane, ale robią to, co do nich należy. Do powolnego przewijania stron trzeba się przywyczaić, ale w sytuacjach awaryjnych ta opcja może się przydać. Urządzenie potrafi też odczytywać książki na głos (również te w formacie PDF) – o ile wydawca nie zablokuje tej funkcji. Do wyboru są dwa głosy – męski i kobiecy – każdy w trzech prędkościach. Głosy są oczywiście syntetyczne i dość monotonne, ale na przykład dla osób uczących się języka może to być bardzo przydatna sprawa. Jak sprawdzić czy książka, która nas interesuje może być odczytana przez czytnik? Przejść do sekcji „Product details” na jej stronie w Amazonie.

Zrzut ekranu ze strony Amazona

Sumując

Jestem zadowolony. Zamawiałem sprzęt w ciemno, nigdy wcześniej nie mając go w rękach i licząc się z tym, że może mi nie odpowiadać. Otóż odpowiada! Bardzo odpowiada. Już po kwadransie byłem zakochany w tym urządzeniu i w nowym podejściu do książek. Od dziś kupuję tylko e–booki, no chyba że któraś z książek, jakie koniecznie muszę mieć okaże się nie występować w wersji elektronicznej. Wówczas, cóż, trochę się posunę żeby zrobić miejsce kolejnej półce na ścianie.